PokerStrategy.com Home
Home
Fullhouse

« grind, zlot w Krakowie, EUROTRIP, studia | Main | Odwiedziny na Gibraltarze - część II - Skała i kasyno»


Zbierałem się, zbierałem i w końcu przyszedł czas, aby przerzucić wspomnienia z wizyty w Gibraltarze na wirtualny papier i podzielić się nimi w blogu. Nie wiem, czy to panujące obecnie temperatury, czy może kwestia samego lata rozleniwiła mnie doszczętnie. Ale do rzeczy.

Zaczęło się bardzo niewinnie. Podczas jednej z rozmów z Kubą na SkyPe padło hasło – Piwa bym się z tobą napił. Jako żeśmy piękni i młodzi, więcej nie było potrzeba, aby ugadać się na bronia w Gibraltarze. Niestety, moja narzeczona (wówczas jeszcze nie była moją narzeczoną, ale teraz już jest) nie mogła jechać ze mną i tu powstał dylemat samotnego podróżnika – jechać samemu, czy może jednak odpuścić ... Ten problem szybko się jednak rozwiązał, ponieważ jeden z moich bardzo dobrych znajomych (od pokera live we Wrocławiu, nawiasem mówiąc) wyraził wielką chęć zobaczenia miejsca śmierci gen. Sikorskiego. Jak to sam zgrabnie powiedział – Chętnie przejdę się szlakiem Sikorskiego, ale bez końcowych fajerwerków. Od tej deklaracji do kupienia biletów był już tylko jeden krok, który wykonaliśmy pewnie i bardzo szybko. Niestety, okazało się, że nie ma tanich połączeń z Wrocławia do Malagi w terminie, kiedy chcieliśmy jechać, dlatego postanowiliśmy stąpnąć jeszcze po brytyjskiej ziemi i polecieć przez Lądek.

Jako małą dygresję wtrącę tutaj kilka słów o moim towarzyszu podróży Adamie, który jest postacią bardzo ciekawą i wartą poznania. Facet między 40 – 50 lat, powiedzmy, że pośrodku. Kawaler, z nieprzeciętnym poczuciem humoru (co będziecie mieli okazję stwierdzić w dalszej części opowieści) i nieprzeciętnymi możliwościami spożywania ogromnych ilości napojów wyskokowych. Zwiedził pół świata od Ameryki Południowej, przez Afrykę aż po Daleki Wschód, a z każdej podróży ma w zanadrzu opowieści niekoniecznie o zabytkach i pięknych pejzażach. Jedną z takich była historia z wyprawy do Hong Kongu. Adam ze swoim pracownikiem nabyli bilety z Berlina do Hong Kongu. Z Wrocławia pojechali nocnym pociągiem zaopatrzeni w kilka piwek (na głowę). Po dojechaniu rano do stolicy Niemiec, spożyli śniadanie i wypili przy tym po dwa shoty whisky, co na takich chłopów nie miało żadnego znaczenia. Posilenie się jednak nie pomogło na tyle, aby zmęczenie podróżą przeszło, aczkolwiek nie było mowy o tak zwanym upojeniu. W strefie bezcłowej panowie zaopatrzyli się jeszcze w kilka butelek whisky (na głowę) i tak weszli do samolotu. Gdy pani stewardessa (trzeba zaznaczyć, że była to kobieta po pięćdziesiątce o niezwykle szpetnej urodzie) zobaczyła Adama z siatą pełną alkoholu, zapytała:
- Czy pan nie jest zbyt pijany, żeby lecieć?
Adam poczuł się urażony tym stwierdzeniem i odparł bardzo miło i grzecznie:
- A czy pani nie jest zbyt stara, żeby lecieć?
Po tej ripoście odszedł na swoje siedzenie, którego jednak zbyt długo nie zagrzał, bowiem kilka minut po fakcie do Adama podeszło dwóch panów z ochrony, którzy nie szczędząc uwydatnienia swojej wyższości (jak i stanowiskiem tak i wzrostem - Adam ma około 160 cm) wyprowadzili go z samolotu. Nie pomagały tłumaczenia i chęć zbadania poziomu alkoholu we krwi. Adam nie został już wpuszczony na pokład i mógł sobie tylko popatrzeć, jak samolot z jego bagażami odlatuje w siną dal do Hong Kongu. Dobrze, że mógł sobie wziąć siatkę z zakupami ze strefy bezcłowej, bo bez tego ani rusz.

Chyba zrobiłem niemałego offtopa... więcej na razie o byłych wojażach mojego towarzysza podróży, niż o samym wypadzie na Gibraltar. Już się poprawiam. Z Wrocławia wylot mieliśmy gdzieś około 9:00, więc przed 8:00 musieliśmy być na lotnisku. Odprawa poszła bardzo szybko, dlatego postanowiliśmy zabić czas małym co nieco w barze. Tutaj powstał dylemat – kawa, czy może jednak piwko. Dylemat był podyktowany przede wszystkim godziną (okolice 8:00 rano) oraz ogólnie kawowym klimatem panującym w knajpie. Zaproponowałem wówczas –
To może jednak kawa? Na co Adam odparł – W takim razie ty kupujesz, ja się nie skalam. To był wystarczający argument na to, że pozostać nonkonformistą i przyjąć ładunek chmielowy przed odlotem do Londynu.

Lot minął w miarę spokojnie. Nie omieszkałem wziąć talii kart do kieszeni, więc cięliśmy HU za 1 € blindy z pisaniem na kartce i przyjmowaliśmy kolejne porcje ładunków chmielowych, które rozjaśniały nam umysły oraz ogólną atmosferę jeszcze bardziej, niż wpadające przez okno promienie słoneczne odbijane od dywanu z chmur. Heads-up szedł mi z początku bardzo dobrze, byłem już 50 € na plusie, pomimo tego, że zrobiliśmy cap na każdego streeta do 10 €. Jednakże później nieco się odwróciło i po kilku suckoutach straciłem całą przewagę, a co więcej, w końcowym rozrachunku znalazłem się na minusie.


W Londynie musieliśmy spędzić ponad 5 godzin w oczekiwaniu na lot do Malagi. Oczywiście wiadomo, że nie siedzieliśmy na walizkach, z nosami w dół, ale w knajpie sącząc sobie brytolskie piwko i zagryzając je wątpliwej wartości smakowej ichnimi przekąskami. Na dość już takim... powiedziałbym mocniejszym rauszu poczęliśmy przygotowywać nasze tyłki do zapakowania je w samolot do Malagi. Oczywiście powróciło widmo lotu do Hong Kongu, dlatego niemalże błagałem Adama, co by trzymał język na wodzy do momentu, aż samolot nie podniesie się z ziemi. Prośby moje zostały wysłuchane i bez większych problemów znaleźliśmy się w przestworzach w drodze do Hiszpanii. Lotu za bardzo nie pamiętam... ponieważ spałem... i niech tak zostanie.

W Maladze czekał już na nas Kuba swoim funkiel nówką zakupionym Golfem kombi (musiałem się pochwalić za Ciebie) i nie zwlekając na nic, wskoczyliśmy na autostradę prowadzącą wprost na Gibraltar. Po drodze oczywiście odezwały się nasze zmęczone nieco pustymi kaloriami z płynów żołądki, które strajkując oznajmiły nam, że czas na hiszpańskiego steka. Przez przypadek zajechaliśmy do restauracji, w której robiono te przysmaki amerykańskim sposobem. Zamówiłem największego... i nie mogłem się nachwalić. Poezja smaku, genialnie upieczony na żywym ogniu i prawie krwisty... tak jak lubię. Chłopaki niezbyt przepadają za niemal żywym mięsem, dlatego wzięli sobie krewetki (dobrze, że nie kurczaka).

Niebo już ciemniało zanim dojechaliśmy do jaskini Kuby w La Alcaidesa. Z tą jaskinią to oczywiście nie literalnie. Kuba mieszka w przepięknym domu, z widokiem na morze oraz Gibraltar – jak widać na zdjęciu obok. Pomimo dość późnej godziny, nie było mowy o tym, aby iść spać, ponieważ czekał już na nas taras, dobre trunki oraz specjalne, skręcane przez Kubę własnoręcznie ... nazwijmy je „kadzidełka”. Bardzo szybko zrobiło się wesoło i miło. Rozmowom nie było końca, każdy miał wiele do powiedzenia, zażartowania i pokazania. Niewiele pamiętam z tego wieczoru – i to nie ze względu na niski poziom krwi w alkoholu – ale dlatego, że tych wieczorów mieliśmy całą masę i zaczynają mi się już mieszać. Jednakże jest jedna rzecz, która zdarzyła się właśnie wtedy, tylko tak się zastanawiam ... pisać o tym, czy może jednak sobie darować... A niech będzie. Po zaaplikowaniu sobie kilku ładunków chmielowo winogronowych wspomaganych wyżej wspomnianymi „kadzidełkami” postanowiłem przekonać chłopaków, że David Copperfield to przy mnie pętak. Skończyło się chyba wino i trzeba było iść do lodówki po kolejną butelkę. Jako że siedziałem najbliżej rozsuwanych drzwi balkonowych (bardzo ważne – rozsuwane) podniosłem szybko mój książęcy tyłek z zamiarem odwiedzenia lodówki. Odsunąłem nieco drzwi i wówczas Kuba coś do mnie zagadał. Odwróciłem się tylko do niego, aby odpowiedzieć i pamiętając o wykonanej czynności odsuwania tych cholernych rozsuwanych drzwi wykonałem manewr przechodzenia do pokoju... niestety... odsunąłem je nieco ... za mało i tym sposobem cała moja facjata włącznie z rękami oraz resztą ciała nadziała się na wielkie oszklone, pier... ne, rozsuwane drzwi. Reakcji Kuby i Adama nie muszę chyba opisywać... podobno wyglądałem jak wielki komar, który nadział się na przednią szybę w samochodzie i to z własnej woli. Operacja w stylu Davida Copperfielda niestety się nie powiodła. Słynny magik przechodził przez Chiński Mur... a mnie nie udało się pokonać głupiej szyby... chyba muszę jeszcze potrenować. Oczywiście chłopaki do końca wyjazdu przypominali mi tą akcję, co zawsze wywoływało salwy śmiechu ... a niech się śmieją!

 

Na tym kończę relację z początku wyjazdu. Jutro będzie o beach party ze zdjęciami oraz wizyta w kasynie. Zapraszam do czytania!

Pozdrawiam!

0 comments | "Odwiedziny na Gibraltarze - część I - Pierwsze koty za płoty" »

Please register or log in to PokerStrategy.com to write a comment.
Login:    Password:  Register

Recent Articles

General

Recent Comments