« Odwiedziny na Gibraltarze - część I - Pierwsze koty za płoty | Main | TheNaturat is in the house»
Witam i zapraszam do czytania kolejnej
odsłony relacji z wizyty na Gibraltarze. Dzisiaj będzie dość dużo
o wycieczce na „Skałę” oraz o wypadzie do kasyna.
Po
przespaniu jak dziecko pierwszej nocy w domu Kuby poderwałem się
dość wcześnie. Problem z Hiszpanią polega na tym, że w znacznej
części mieści się już na Zachodniej Półkuli i rzeczywista
różnica czasowa wynosi ponad dwie godziny. Oczywiście Hiszpanie
nie są tak narcystyczni, jak Brytyjczycy i obowiązuje ich czas
kontynentalny, czyli taki sam jak u nas, a nie GMT. Co za tym idzie,
obudzenie sie o 8:00 rano było jednoznaczne z tym, jakbym siedząc
we Wrocławiu podniósł kości o 10:00. Ani Kuba, ani tym bardziej
Adam nie mieli takiego problemu i spali jeszcze smacznie, gdy ja już
byłem gotowy do życia... no może nie tak całkowicie gotowy,
ponieważ nocne ładunki chmielowo winogronowe wspomagane kubusiowymi
„kadzidełkami” dawały się dość mocno we znaki. Poszedłem
sprawdzić szybę ... no i faktycznie, ślad był potężny...
przywaliłem jak orzeł w transformator... szkoda, że nie był to
tylko sen.
Po obejrzeniu sobie pięknego wschodu Słońca,
doszły mnie odgłosy aktywności kompanów. Szybka toaleta, odzianie
skacowanych tyłków i już siedzieliśmy w Golfie Kuby zmierzając
na Gibraltar. Oczywiście z wjazdem do brytyjskiej kolonii o tej porze
nie ma mowy, ponieważ Gibraltar jest oddzielony normalną granicą z
Hiszpanią i w czasie największej aktywności czeka się tam kilka
godzin. Zostawiliśmy więc auto po stronie hiszpańskiej i poszliśmy
piechotą. Pogoda zapowiadała się całkiem przyjemna, aczkolwiek
po dotarciu na miejsce Skała przywitała nas bardzo złowrogim
widokiem chmury i mgły. Nie wyglądało to przyjemnie, ale bardzo
ciekawie. Wszystko było skąpane słońcem, poza górą, która
spowita gęstymi kłębami bardziej przypominała aktywny wulkan niż
zwykłą górę.

W pierwszej kolejności poszliśmy oczywiście odwiedzić siedzibę PokerStrategy. Widziałem już ten wieżowiec ponad rok temu, kiedy mieszkając w Hiszpanii wybrałem się na Gibraltar, aby odwiedzić naszego byłego admina simoo. Jednakże wtedy nie wchodziliśmy do środka, tylko skończyliśmy na zakupach w Morrisonie. Tym razem przekroczyliśmy progi niebieskiego wieżowca, aby przywitać się z resztą kompanii. Kasia, Filip oraz Bożenka z supportu byli już na posterunku i rzucili tylko spojrzenie okraszone facepalmem w kierunku ... cienko dysponowanego Kuby. Przywitaliśmy się grzecznie, zapaliliśmy fajkę pokoju na dachu i stwierdziliśmy, że pójdziemy pozwiedzać nieco brytyjski przyczółek nad Morzem Śródziemnym. Kuba oczywiście został w pracy, żeby nie było. Chmury nadal nie chciały ustąpić, więc postanowiliśmy przyczaić się w jakiejś knajpce na śniadaniu i przyjąć poranną porcję ... powiedzmy, że śmietany.
Gdy już się posililiśmy okazało się, że niebo nad Skałą jest już czyściutkie i można wykonać szturm na górę. Oczywiście nie było żadnej mowy o wchodzeniu pieszo... to zbyt wiele dla naszych nieporadnych tyłków i odstających brzuchów. Poszliśmy więc w kierunku kolejki linowej, która miała nas przetransportować na sam szczyt ... no prawie na sam. Na miejscu okazało się jednak, że kolejka wozi turystów wyłącznie na górę, ponieważ tam stacja jest w remoncie i trzeba kombinować znalezienie się z powrotem na dole już samemu. Kto by się tym przejmował...
Już w samym wagoniku okazało się, że Adam ma... dość mocy lęk wysokości, co skwitował krótkim – To zaraz pierd...nie... Postanowił nie patrzeć w w dół zbyt często, ale czasami nie mógł się oprzeć i wówczas padało tylko znamienne – Ja pierd...e. Po kilku minutach gehenna Adama dobiegła końca i znaleźliśmy się na górze. Już na wstępie przywitali nas mieszkańcy gibraltarskiej skały – makaki. Okazuje się, że te małpiszony nie są rozrywką dla turystów, ale wręcz odwrotnie, to turyści zapewniają rozrywkę im. Gdyby ludzie nie pojawiali się w ich królestwie, to śmiem twierdzić, że małpy zanudziły by się na śmierć. A tak mają pole do popisu. Atrakcyjne są przede wszystkim torebki damskie, wszelkiego rodzaju kieszenie oraz schowki, z których makaki wyciągają co popadnie. Jednym słowem złodziejstwo na szeroką skalę i to jeszcze niekaralne.
Co więcej, małpy opracowały sposoby kradzieży grupowych, co można zaliczyć do istnej przestępczości zorganizowanej. Jedną z takich akcji widziałem na własne oczy. Pewien jegomość niósł sobie puszkę Pepsi. Małpiszony w jakiś tajny i wiadomy tylko im sposób porozumiały się między sobą, jedna podbiegła do nieszczęśnika zaczepiając go z lewej strony i w momencie, gdy cała jego uwaga skupiła się na owej zaczepce, druga małpa podbiegła bardzo szybko z prawej strony i wyrwała facetowi puszkę Pepsi żywo z ręki. Dowód na zdjęciu poniżej.
Z samej góry rozciąga się piękny widok na Zatokę Gibraltarską, port oraz samo miasto. Nie będę się rozpisywał za dużo na ten temat, ponieważ wszystko widać na zdjęciach. Sam robiłem, jakby coś.
Gdy już się pozachwycaliśmy widokami, postanowiliśmy zejść na dół, aby uzupełnić płyny... i tu dopiero zaczęły się schody. Jak już wiedzieliśmy, kolejka nie zwoziła turystów na dół i opcje były dwie – albo pieszo albo taxi w dół. Opcja numer dwa bardzo szybko okazała się nierealna, ponieważ, aby zjechać taxi na dół, trzeba było nią wjechać na górę (sic!). Pozostała przeto wyłącznie piesza przeprawa. Tutaj również mieliśmy alternatywę - albo schodkami albo drogą dla samochodów. W momencie, gdy Adam zobaczył schodki, które biegły pod kontem 45 stopni zaopatrzone wyłącznie w wątpliwej stabilności poręcz, powiedział: Chyba cię poje... ło, jak ja tym zejdę. Opanowałem spadanie z 50 m, ale nie z 200 m.
Pozostało przeto wyłącznie piesze zejście drogą dla samochodów... Więc poszliśmy ... i szliśmy ... i szliśmy ... woda się skończyła mniej więcej w tym momencie... a my dalej szliśmy ... i jeszcze ... i końca widać nie było ... języki na wierzchu... nogi odmawiają posłuszeństwa... ale idziemy... nie już nie idziemy... już się toczymy ... staczamy ... leziemy ... człapiemy ... kolana są już w stanie agonalnym ... o kałuża! Albo lepiej nie, bo nie przypominamy sobie żeby padało ... a te małpy ... leziemy ... hiszpańskie słoneczko ... jak miło ... W końcu ... znaleźliśmy się na dole, po półtorej godziny schodzenia w dół dość stromą drogą, która dawała się we znaki najbardziej kolanom i w ogóle była katorgą dla dwóch kolesi, którzy prowadzą siedzący tryb życia zapuszczając coraz to większe brzuchy i palą ogromne ilości papierosów.
Na dole przyświecał nam tylko jeden cel – pierwsza lepsza knajpa i browar – niczego więcej do szczęścia nie było nam potrzeba. W końcu się udało. Nie zwracaliśmy uwagi na to, jaka była to knajpa, ile kosztowało piwo i czy nam się tu podoba. Po tej katordze wszystko, co miało związek z cywilizacją, siedzeniem oraz mokrym ładunkiem chmielowym było dla nas spełnieniem marzeń oraz najwyższym stadium nirwany. Udało się ją osiągnąć.
Niedługo
później dołączył do nas Kuba i poszliśmy zjeść lunch, a przy
okazji mogliśmy podziwiać, jak Portugalia łoi tyłki ekipie Kim
Dzong Ila. Postanowienie po wyprawie było proste – ładna ta
góra... małpki też super, ale NEVER MORE PIESZO!
Wieczorem
postanowiliśmy odwiedzić miejscowe kasyno, w którym – z tego, co
mówił Kuba – miało przesiadywać połowa PokerStrategy.com.
Weszliśmy chwilkę po uruchomieniu stolików cashowych, ale jeszcze
nikogo przy nich nie było. Postanowiliśmy zagrać heads-upa stawki
0,5 / 1 GBP. Obsługa nie była zbyt zadowolona z takiego obrotu
sprawy, ale w końcu dali się przekonać i mogliśmy cieszyć się
grą. Po kilkunastu minutach do stolika przyszedł jakiś Hiszpan,
który momentalnie zaczął się panoszyć. Poczynał sobie bardzo
agresywnie i cieszył się jak dziecko, że udało mu się jednego z
nas wyblefować oraz zgarnąć małego pota. Oczywiście nie zajęło
zbyt wiele czasu, żeby się biedak nadział i oddał całego stacka.
Minka zrzedła, ale zapał do gry nie minął. Facet pobiegł czem
prędzej do bankomatu i powrócił ze świeżą stówą. Wymienił na
żetony, pierwsze rozdanie... i znowu gonił do bankomatu. No cóż...
bywa.
Po jakimś czasie, w którym Hiszpan oddawał swoją krwawicę (głównie mnie) zaczynali się schodzić pracownicy PokerStrategy.com. Atmosfera momentalnie siadła. Nie wiem dlaczego, ale każdy z nich modelował się na wielkiego prosa – okulary, wielkie skupienie, czas na zastanowienie i ogólnie cała otoczka. Ja niezbyt lubię taką grę, ponieważ pokera live traktuje bardzo towarzysko. Lubię rozmawiać przy stoliku, żartować i ogólnie dobrze się bawić, a nie tylko grać. Bardzo szybko udało mi się rozruszać towarzystwo ... nie tylko gadką. Ogólnie rzecz biorąc miałem swój dzień. Co miało wchodzić, to wchodziło, gdy mieli sprawdzać, to sprawdzali, a jak mieli pasować to pasowali. Oczywiście mój image przy stoliku był nieco inny od pokerowego prosa – wieśniacki turysta przyszedł pograć w poksa w kasynie. Bez kitu.
Pamiętam jedno rozdanie, w którym zmierzyłem się z niemieckim pracownikiem PS. Siedział bezpośrednio po mojej prawej stronie i zagrał open raise przed flopem z UTG. Ja sprawdziłem z jakimś niskim suited connectorem, chyba było to 6h 5h, ale dokładnie nie pamiętam. Na flopie spadły niskie karty, aczkolwiek bez żadnych szczególnych opcji dla mnie. Wówczas powiedziałem do swojego rywala:
- Jak zagrasz continuation bet, będę musiał zagrać raise.
Chyba mi nie wierzył i faktycznie postawił zakład, a ja zrobiłem tak, jak obiecałem. Gdy pojawiła się karta na turnie, która praktycznie nie zmieniała niczego, a mnie pozostawiała z 6-high, przeciwnik się zapytał.
- Jak zagram bet, to dalej będziesz raisował?
- Oczywiście.
- A jak zagram check?
- A to nie wiem jeszcze.
Faktycznie zagrał check. Na riverze pamiętam, że spadła dwójka, która podwoiła board i jeszcze uzupełniła flush drawa, ale nie poprawiła mojej sytuacji. Ja wówczas udałem wielkie poruszenie, wyprostowałem się na krześle i powiedziałem:
- No, teraz będzie raise.
Facet zgłupiał i zagrał check, na co ja powiedziałem.
- W tym momencie nie mogę inaczej, tylko bet.
I uderzyłem coś około 60% - 70% pota. Facet począł się zastanawiać, myśleć, kombinować i marszczyć. W końcu jednak poddał rękę i ... zobaczył moje 6h 5h. Nie był pocieszony. Później powiedział, że zrzucił pocketa 8-8, ale wiecie... na słowo to ja niezbyt mogę komukolwiek wierzyć... zwłaszcza, gdy sam łżę przy pokerze, jak pies.
W sumie wpadło kilka tych buy-inów, a mój stack górował znacznie nad resztą stolika i siał postrach wśród graczy, którzy momentalnie zachowywali się tak, jakby tylko chcieli mnie dopaść i tym sposobem dokładali mi żetony do moich wieżowców. Około godziny 2:00 pomimo ogólnego niezadowolenia postanowiliśmy zakończyć grę i wyjść z kasyna. Oczywiście wieczór się jeszcze dla nas nie skończył i wylądowaliśmy w knajpie obok i przyjąć płyny, aby ... lepiej nam się spało.
Rozpisałem się znowu ... w takim razie o firmowym Beach Party oraz wieczorze w następnym wpisie.
Więcej zdjęć znajdziecie na moim koncie Picasa lub Facebook - wystarczy klinąć na link.
Pozdrawiam!




