WARNING:
The following content may conatin “tl;dr” possibility. Read at your own risk.
Ciekawym doświadczeniem było dla mnie poznać osobiście ludzi, których dotychczas mogłem weryfikować jedynie poprzez nick, status i forumowe treści. Ja sam słyszałem kilkakrotnie: „Wiesz, Ace, inaczej sobie Ciebie wyobrażałem…”. I tak jak ciekawi mnie, czy mogłem rozczarować, czy zaskoczyć „in plus”, tak generalnie nie ma to żadnego znaczenia, bo po pierwsze nikt nie wywrze wpływu na to, że formowane klawiaturą zdania rysują w śledzącej je na drugim końcu Polski wyobraźni wysokiego bruneta o spojrzeniu zdobywcy lub zakompleksionego dziwaka z przetłuszczonymi włosami, a z drugiej strony - najważniejsze to dobrze się bawić i być sobą. Z minionego zlotu przywiozłem pokaźny bagaż wrażeń i kolorowy kalejdoskop wielu postaw i charakterów, tak różnych jak sosy w Ha Longu.
Piątek, 12 sierpnia
Tego dnia jeszcze nie było mnie w Sopocie, jednak wydarzyło się wiele i nie bez wpływu na cały mój późniejszy pobyt. Na początku tygodnia rozpocząłem wyjątkowo pasywne poszukiwania noclegu. Późnym czwartkowym wieczorem mogłem już spokojnie zasnąć wiedząc, że czeka na mnie wynajęte wspólnie z Bąblem, Qsypalem, Furminatorem i Zaboo mieszkanko.
Gdzieś ok. godziny 14-stej postanowiłem wykonać do Bąbla ostatni telefon: „Czy piją? Jak mieszkanie? Z kim piją? Co piją? Do jutra…” – taki zarys miała mieć ta rozmowa, ale gdy Bąbel powiedział, że ma dla mnie dwie wiadomości, ja już wiedziałem, że dobra będzie dotyczyć wódy, ta gorsza – naszej hacjendy.
Okazało się, że zostaliśmy oszukani – gość, z którym dogadał się Bąbel, po otrzymaniu zaliczki zwinął się błyskawicznie, zostawiając za sobą cwaniacki smród i fake adresy. W rozmowie za mną Bąbel, wyraźnie wciągnięty już w wir before party, spokojnie stwierdzał, że jest wódka i on się gdzieś prześpi na siedząco :). Wtedy z pomocą przyszedł Furminator.
Pierwszą opcją był survival w living-roomie i perspektywa kacowego dogorywania przy stuku „piłkarzyków” i porannych powtórek „Na Wspólnej”. Z tą świadomością zasypiałem w piątek; sobotniego poranka miałem już jakiś kawałek koca w hostelowym pokoju short-handed z grupą unków. Lepsze to niż spanie na krześle obok Bąbla :P.
Sobota, 13 sierpnia
Miałem nadzieję na dotarcie choćby na ostatnie dryblingi i strzały na Leśnym, jednak o godzinie, o której przyszło mi zawitać do trójmiasta, boiskowy cieć spuszczał już pewnie powietrze z piłek. 211 km w 6 godzin (wliczając w to jednak 40 minut szukania wolnego parkingu) może zrobić wrażenie nawet na regularnych więźniach wrocławskiej ulicy Swobodnej.
Przyciśnięty dźwignią upływającego czasu pomknąłem wzdłuż Monciaka w poszukiwaniu hostelu. Tu poszło błyskawicznie. Na schodach miałem przyjemność poznać diamentowego nowicjusza, Furminatora. Upał. Cały mokry opłaciłem swój pobyt, a już chwilę później sączyłem zimnego Heńka, ględząc Furminatorowi o niszowych odmianach i ich zaletach, których przecież właściwie nie ma. Furmin zrobił na mnie pozytywne wrażenie swoim rzeczowym podejściem i tym, że pomógł mi z lokum. Właśnie – nie mogę nie opowiedzieć o wrażeniach dotyczących współlokatorów! Gdy wszedłem do pokoju po raz pierwszy, przywitało mnie pięć par balerinek i suszące się przy oknie bikini. Później okazało się, że nie jestem jedynym koedukacyjnym „szczęśliwcem”, bowiem Zaboo trafił nawet na tancerki salsy. Czy nauczyły go jakiejś nocnej sacali czy innego al centro „na cztery” – tego jednak nie wiem...
Udając się w kierunku Cream Clubu spotkaliśmy Kubę, niezwykle stonowanego gościa, oraz Fitasa, którego jeszcze dziś włączę do grona swoich idoli. Wrażenia bardzo pozytywne – taki ślad zawsze pozastawiają u mnie uśmiechnięte twarze. We czwórkę puściliśmy się w dół Monciaka. Na schodach przed „Smakiem Morza” powitali nas Jakub i Kasia. Są oni jednymi z nielicznych osób, które idealnie niemal wpasowały się w moje nieświadome przewidywania nawet barwą głosu czy dynamiką ruchów. Pierwsze wrażenie jak najbardziej na plus, kolejne - tylko lepsze.
Początkowo było nas niewielu. Sącząc szampana wyczekiwaliśmy względnego zapełnienia sali i prelekcji LechaRumskiego, rozmawiając z Fitasem i Furminatorem o George’u Weah i białych butach Marco Simone. Wykładowca, traktując o przekraczaniu swych możliwości wyraźnie nawiązał do piątkowego meetingu, co miało nieoceniony wpływ na interakcję ze słuchaczami. Lechowi należały się brawa za niemal wszystko – tylko nieporatowanie „menela” kilkoma „klekaczami” pozostaje kwestią wątpliwej słuszności.
Dość szybko wiele naczyń zostało zbrukanych kroplami ognistej wody, zamkniętej w bryle Jacka Danielsa. Po swej lewej stronie miałem Furminatora i Grindera23, który początkowo nie dawał się przekonać do kąpieli w oparach pobudzającego syropu Old No.7. Naprzeciw mnie siedziała Administracja, strudzony trudną, ubiegłą nocą Bąbel oraz dwie opaskowręczarki: małomówna bruneta z Gdyni i długowłosa szczecinianka-fotograf o uśmiechu umożliwiającym zjedzenie gofra w poprzek. Była bardzo miła i kontaktowa. Postarałem się jej wyjaśnić zasady Texas Hold’em, oczywiście jako jeden z najlepszych w kraju diamentowych pokerzystów ;). Myślę, że słuchający z zaciekawieniem Furminator i Grinder23 przy okazji poszerzyli swoje umiejętności w stopniu porównywalnym do wcześniejszego przekazu Lecha :P.
Zgryzłem jakąś wędlinkę i po raz trzeci wyskoczyłem z Jakubem na papieroska – tym razem udało mu się spalić chociaż połowę. Na propozycję przeprowadzenia przeze mnie wywiadów przystałem z wielką chęcią, choć bez kompletnego przygotowania mogłem postarać się przecież o niezłą nędzę. Nie dziwi więc, że szybko dopełniłem swą szklaneczkę pysznym Jackiem, a po jej opróżnieniu konsekwentnie poprawiłem „na drugi oddech”.

Pierwszym moim rozmówcą był Pyszałek. Jego wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Oto usiadł naprzeciw mnie człowiek konkretny, ułożony, z mindsetem grubszym niż udo Grażyny Rabsztyn; człowiek w moim odczuciu stanowiący zupełne przeciwieństwo swego nicku. Szkoda, że wywiad ten nie został zarejestrowany w formie rozmowy, bo mimo, iż kompletnie nie wiedziałem, o co pytać, szło nam nieźle. Po Pyszałku przyszedł czas na Oloriona – gościa otwartego, elokwentnego i bardzo rzeczowego. Każde jego słowo przesiąknięte było zadowoleniem z tego, co robi, z przyjemności, jaką odnalazł w swojej pracy. Tak mi sie przynajmniej wydaje :). Ostatniego wywiadu udzielił diamentowy debiutant – Bąbel, który nie dał się namówić na głębsze zwierzenia z poprzedniej nocy, którą z pewnością na długo zapamięta. Dzięki rozmowie natomiast zdał sobie chyba sprawę, że opisana na wielu kartach jego bloga historia gościa, który z trzydziestu dolarów dobrnął do mid-stakes i zlotu może być dla wielu nowych użytkowników wzorcem i znakomitą motywacją.
Połknąłem kawał mięsiwa i wyszedłem na zewnątrz, stając się jednym z uczestników pierwszych rozdań odmiany, która moje study i drawy czyni w porównaniu grami popularnymi niczym trasa obok podstawówki w wariantach podróży Romana Polańskiego. Oto Sickpastor pokrótce przedstawił zasady Two Boards Crazy Banana w/3 Jokers all-in preflop i wraz z naszym coachem, Grinderem23, TomotheeSem, Qsypalem i Dannym rozpocząłem pure gambling. W pierwszej ręce scoop, w kolejnych dziewięciu posucha i przyszło mi oddać parę punktów. Jestem pewien, że w niedługim czasie Sickpastor będzie przedstawiany w newsie jako nasz nowy trener i sędzia swego „dziecka”. Ja póki co nie znalazłem konwertera pod 2B-CB/3J. Sam pomysłodawca i prowodyr to prawdziwa dusza towarzystwa; gość, którego obecność na imprezie stanowi połowę jej sukcesu. Cheers, sick P. !
Gdy w moim układzie krążenia krew stanowiła już tylko domieszkę wobec pitej namiętnie łychy, Jakub i Kasia wręczyli nam prezenty i otwarły się wrota białej, vipowskiej sali Cream Clubu. Otrzymane płatnicze żetony błyskawicznie straciłem głównie kosztem Shadowa i Grindera, który robienie magii na river kontynuował jeszcze następnego dnia, bez względu na odmianę.Nie wiem, co Shadow zrobił z trzema stówami w białych żetonach, ale myślę, że sporo osób piło gratis :).
Przyswajanego Jacka D. ciąg dalszy. Wraz z Kasią zdecydowaliśmy się otworzyć parkiet, jednak ruchowego odzewu, a nawet zainteresowanych oczu – brak. Po pewnym czasie wybraliśmy się na drugą rundę, w której towarzyszył nam TimotheeS i pewna „rycząca czterdziestka” stukająca beżowymi koturnami w podłoże i swym biodrem w moje plecy. Znów nikt z naszych nie złapał przynęty i nie zaprezentował na parkiecie kroków błyszczących diamentem jak włosy Travolty brylantyną. Kasia bawiła się świetnie. Z jednej strony musiała czuwać, by nie odpiął się żaden z guzików wieczoru, z drugiej natomiast potrafiła znaleźć czas dla wszystkich, oferując miłą rozmowę i prawdziwą serdeczność.

Installing Jack D. Full Version 85% complete. Dla odmiany i na poczet porannego bólu głowy zdecydowałem się na parę piwek. Po krótkiej rozmowie przy fajce z Hazelastym usiadłem obok Jakuba na pseudokanapie. Po kilkudziesięciu sekundach siedziało nas już troje – chwiejąca się długowłosa blondyna w czarnym topie poprosiła o skrawek miejsca. To Jakub wytoczył działo psychomanipulacji – ja ze swoim domem w Licheniu byłem tylko dodatkiem do zagorzałego pielgrzyma z Częstochowy, który szuka w ludziach głębokiej wiary i ponadczasowego piękna. Dziewczyna początkowo łykała nasze treści prosto z serduszek niczym przyszła mama kwas foliowy, finał rozmowy to jednak prawdziwy hardkor. Wytrącona z równowagi dziewucha zaczęła wyprowadzać delikatne ciosy, a wymachując nogami w ramionach próbującego ją obezwładnić towarzysza niemal przewróciła palmę, której betonowej podstawy żołnierze namiestnika użyliby z pewnością do zasłonienia wejścia do Grobu Pańskiego, gdyby akurat była pod ręką. Ostro. A my w śmiech oczywiście – wszak nic złego nie zrobiliśmy, a psychika blondyny okazała się po prostu o wiele bardziej krucha od posiadanej przez choćby Jarka Psikutę bez „s”.
Teraz kilka słów o Jakubie – niesamowity facet, bardzo kreatywny, bezpośredni, nadajemy na tej samej częstotliwości. Zmaksymalizował swoją rozrywkę w Sopocie trzymając przy tym rękę na organizacyjnym pulsie – to wielka sztuka. Mam nadzieję, że nie było to nasze ostatnie spotkanie.
Później – już tylko mgła. Wracając sporą ekipą wstąpiliśmy na szamanko, po czym ułożyłem się do snu i… usłyszałem pukanie Bąbla. Wkroczyłem do „dwójki”, a tam igristoje, tylko wódki nie było komu pić :P, a ja sam miałem jeszcze ze dwie flasze. Prawdę powiedziawszy to brak szkła i zapity/zagrychy uratował zawartość półlitrówki. Był Fitas, był zmęczony Kuba, oczywiście Bąbel, Sałyk, TimotheeS, Scoti, Trzcinek chyba, Imfar, Darogiovanni i pewnie ktoś jeszcze. Potem wpadli Śrubka, Jakub i Olorion (czy byli od początku?). Zacząłem z kimś śpiewać „Na jednej z dzikich plaż”, ale ktoś inny, całkiem słusznie, nas uciszył. Wyszedłem na zewnątrz z Jakubem, Olorionem i Darogiovannim. Zapaliliśmy papieroska na malowniczym o tej porze nocy i upojenia mostku, po czym musieliśmy się pożegnać z Kubą i Olorem. Imprezę kończyłem porannym piwkiem z Darem i niewiele brakowało, a musielibyśmy pewnego ciamciarza nakarmić frytkami. Tak się jednak nie stało i chyba jeszcze przed piątą, potykając się o balerinki moich współlokatorek, wpadłem z impetem do pokoju, by zasnąć w ułamku sekundy jak najedzone niemowlę.
Niedziela, 14 sierpnia
Poranek był trudny. Jakiś akordeonista od godziny grał za oknem „Nie było ciebie tyle lat”, więc zdecydowałem się podnieść głowę i skręcić w myślach jakąś niepochlebną wiązankę mojemu hejnaliście. Zimny prysznic i śniadanie w McDonald’s. Dołączyłem do Scotiego, Timo, Sałyka i Daro w wyprawie na plażę, ale szybko uporządkowałem priorytety i odpowiedź na pytanie „gdzie zaparkowałem samochód” była teraz najbardziej pożądana.
Pierwszy etap poszukiwań zakończony niepowodzeniem. Siedmioosobową bandą ruszyliśmy na strzelankę – ja, ze względu na fakt, iż gotowe na farbowanie obuwie zostawiłem z zagubionym aucie, jechałem tam tylko jako widz i głodny grillowanych frykasów smakosz. Taksówkarz, wiozący mnie, Trzcinka i Imfara pokazał nam cały Sopot i pół Gdyni, nim zdał sobie sprawę, w którym kierunku jechać. Gdy byliśmy już bardzo blisko, pomóc nam nie potrafił nawet lokalny random, który na swojej ulicy nie kojarzył rodziny o nazwisku Paintball :D. Koniec końców – dotarliśmy na miejsce.
Tam trwał już Poker After Dawn PL. Overaggro overplay. Dwustupunktowy raise preflop z T2o mieścił się w standardowej linii Qsypala, co pozwoliło 7okerowi zrobić szesnastokrotny profit. Na Crazy Banana nie znalazłem wielu chętnych. Chwilę po 14-stej wchłonąłem karkóweczkę, zagryzając ją szaszłykiem i gdy pokerowi marines formowali się w brygady, dobierając rozmiary spodni, usiadłem do dealer’s choince z Furminatorem, Fitasem, Kubą i LeonidasemPL (potem dołączył do nas Grinder23). Ultrapasywnie; pierwszy 3bet padł w dwudziestym pewnie rozdaniu. W międzyczasie Wisibębny i inni karabinierzy w biało-czerwonych krawatach smagali przeciwników kolorowymi seriami. Grinder po każdym otrzymanym headshotcie (a było ich chyba tyle, ile rozegranych rund) pojawiał się przy stoliku karcianym, przy spushować kilka rąk.
W końcu pożegnali się Kopoland i Panado1, w końcu pożegnał się Furminator, w końcu przyszedł czas na mnie. Odnalazłem auto i wtopiłem się w sopockie korki.
Epilog
Szkoda, że ominęła mnie impreza piątkowa. Szkoda, że nie mogłem dotrwać do poniedziałku. Mój żołądek już dopraszał się paru klinów… Wiem, że wiele mnie ominęło i każda stracona minuta była ułamkiem procenta pokerowej więzi, jakiej nie udało mi się zawiązać.
Mam nadzieję, że Ci, którzy mieli okazję mnie poznać i nie zapomnieli jeszcze mej twarzy, nie wspominają mnie źle, bo ja właściwie nie znajduję, poza sporym kacem oczywiście, minusów. Jako zlotowy debiutant wtopiłem się jako-tako w towarzystwo, ale by kogoś zainteresować sobą i zintegrować się z grupą do stopnia pozlotowej nostalgii - do tego potrzeba wspólnych przeżyć, offtherecordów i kontaktu dłuższego niż dzień i dwie-piąte.
Mimo opuszczenia before'a i aftera wydaje mi się (a niemal jestem pewien), że polska społeczność PokerStartegy.com jest warta tego, by wybrierać się regularnie w długą podróż i czuć się jej członkiem w sposób różny od klecenia newsów i odwiedzin forum. Wierzę, że to nie był mój jednorazowy wyskok na taki event.