PokerStrategy.com Home
Home
Fullhouse

 Dzień Pierwszy

Piątek, godzina 4:30. Po omacku szukam dłonią swojej twarzy, by po męsku przywołać się do wczesnoporannego porządku. W walizie koszule złożone lepiej niż Ricky Hatton przez Pacquiao, w bagażu podręcznym pół piekarni i wyborny Grantsik. Czyli - mam wszystko. Złota żona wiezie mnie na dworzec. Było jeszcze zbyt ciemno, by czytać, więc w uszy wdrożyłem strare dobre Dire Straits, po czym otworzyłem pierwsze piwko.

Mooris czekał już na mnie na stacji Łódź Widzew. Po paru pierwszych zdaniach wiedziałem już nie tylko to, że świetnie się dogadamy, ale że w trasie z pewnością zabraknie nam ognistej wody. Tak też się stało - po dwóch godzinach pusta butelka i szybki telefon do Bąbla, by na wrocławskim dworcu stawił się z bagażem dodatkowym w postaci kolejnej flaszy i czterech piwek. Bąbel znany jest z kończenia sukcesem każdego challenge'u - byliśmy więc gotowi (do kolejnych dwóch godzin podróży).

 

PolskiBus mami ceną, ale ciasno w nim przeokrutnie i reklamowana toaleta strasznie przereklamowana jest... Alkohol wypiliśmy niemal we dwóch - Bąbel, struty wrocławskim beforem, odmówił double blasta, natomiast Fizoloff poprzestał na jednym kubku łychy i "Spy Game" z Redfordem i Pittem. O sen było trudno - emocje i "komfort" wyraźnie uniemożliwiały podstawową, podróżną przysypę. W końcu - granica, w końcu - Czechy, w końcu - Praga. Wypływając na powierzchnię z czeluści busa zaczęło dopadać mnie coś, co w normalnych okolicznościach nazwałbym lekkim kacem, jednak z uwagi na to, co dopiero miało się zacząć, dałem sobie z tym spokój. W tym samym momencie, w którym do Ritchie's Hotel dotarliśmy my - dotarło także szefostwo: Marta oraz Madavaster. Zabawne, że większości z nas wydawało się, że banknot 200 koron w zupełności wystarczy nie tylko na opłacenie noclegów, ale także na kokainowy full service, platynowe sztućce oraz samoańskie tancerki, palące cygara waginami. Nice try.

Jeśli chodzi o współlokatorów, to niewiele było pewników. Ja, Mooris, Fizol, Bąbel i Jaromir Urbi. Pozostało jedno wolne, małżeńskie łoże i trzech kandydatów. Ostatecznie odpadli zarówno Sotartu, jak i Kolaż, i tym sposobem sporo miejsca dla siebie miał SuperChada, lub, jak kto woli, Człowiek-Pasta.

 

Jeszcze ostatni zaczes grzywy i już szliśmy do Pivnice u Kata. Tam czekało na nas sporo unków, którzy okazali się jednak bardzo równymi gośćmi. Przy barze Pius odmawiał płacenia przez nas rachunków, obok wejścia Sotartu z kilkoma innymi mistrzami świata uskuteczniał gomoku. Piwo smakowało wybornie i golona z Minotaura wyglądała zacnie, tylko pewien cholernie niesforny obszar mego mózgu odbierał z powiązanych z żołądkiem nerwowych splotów szyfr pachnący lasagną.

 

 

Doszedłem w końcu do wniosku, że ta historia nie zasługuje na to, by ją poniewierać różnoraką interpretacją, przedstawię więc ją w małym tylko, bazowym skrócie: Wyszedłem zadzwonić. Lekko nietrzeźwy, z naciskiem na "nietrzeźwy". Przeszedłem kilka kroków (do którejś tam potęgi) i wylądowałem w obcym miejscu. A przede mną żółty banner: TEXAS HOLD'EM POKER EVERY DAY 7 P.M. Myślę: wejdę, zobaczę, 7 P.M. już dawno minęła, ale... może jeszcze grają? Gdy kilka zmęczonych twarzy zobaczyło pijanego obcokrajowca z garścią dolarów [sic!] w ręku, z ogromną chęcią zaproszono mnie do środka. Nie spodziewano się jednak, że potrafię wyciągnąć max value ze sflopowanego seta trójek w stanie do czterech promili włącznie. Wygrałem. I wtedy zapaliła sie czerwona lampka. Panowie pewnie chcieli mnie udobruchać i zatrzymać w "klubie", czując, że koniec końców moje dolce znajdą sie w ich kieszeniach. Ja ich "and now - what do you want?" odebrałem inaczej: "zara będą rabować; te pieniądze na stole nie są już moje". Dziwnie głodny poprosiłem o lasagnę. Panowie z uśmiechem przytaknęli mej prośbie i po kilku buchach Marlborasa piękna, wysoka brunetka przyniosła mi nazbyt spieczony specjał oraz dwie pary sztućców. Jedne wręczyła mnie, drugimi sama kroiła brązowo-złotą powłokę... Ja jadłem, ona kroiła - i to nie był początek taniego pornola, a chora, czeska rzeczywistość. Podziękowałem, wziąłem swoje sto dolców i wyszedłem. Dość szybko. Nadal nie wiedziałem, gdzie jestem.
 

 

 

 

Z ogromną pomocą Urbiego dotarłem do hotelu. Piwkowy komitet powitalny, w skład którego weszli m.in. Mooris, Marta i Madavaster, po soczystym opi***olu rad był poznać szczegóły tajemniczej zguby i cudowego odnalezienia. Voyteck15 znał podobno lepszą historię. Dziś już wie, że to nieprawda - high(pocket)five dla niego. Pojawiła się następnie ekipka poznana U Kata - m.in. solmyr9 oraz brodaty kolega, którego nicku niestety nie pamiętam. Bardzo chciałem potowarzyszyć im w rozbiórce kolejnego Grantsa, lecz Morfeusz już się o mnie upominał. Przeżyć piątek w Pradze - mission complete. Chyba.

 

Dzień Drugi


Sobota, godzina 8:07. Już wstaję? WTF? Nie, idę spać... Nie, idę po piwo! W tych kwestiach myślimy z Moorisem podobnie. W kwestiach pilznera drugiego, a także trzeciego, do jajecznego śniadanka - również. OK - odżyłem. Razem z Martą oraz Urbim wyruszyliśmy na przedwieczorny rekonesans, który zakończył się przy rulecie w jednym z praskich kasyn. Najpierw up, potem prawie torba, by za ostatni grosz rozbić bank i wrócić do żywych przy kasowym okienku.
 

 

 

 

Na kolację wyszedłem nakręcony i dziwnie trzeźwy - szybko doprowadziłem się więc do porządku. Bily Konicek był miłym miejscem. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Alice Springs z bluesową ekipą. Przy takiej muzyce niemal tracę kontrolę, o czym za chwilę. Zjadłem soczyste piersiątko, popiłem hektolitrem Jacka Danielsa, by stanąć hardo przy Dannym, Panadolu i Sickpastrorze w kolejce po kolejne shoty absyntu. Próba ognia rozlała się jaskrawą lawą po stolikach, ale to, co miało trafić do gardeł - tam właśnie trafiło, i, przynajmniej w moim przypadku, było brzemienne w skutkach w dniu następnym.

 

 
Nadeszła pora rozruszać stare, rozochocone mocą procentów stawy. Jeśli do tej pory ludzie odwiedzali Konicka po to tylko, by posiedzieć, zjeść i posłuchać muzyki - wyraźnie rozszerzyłem owy wachlarz możliwości. Najpierw do tańca porwałem Martę, by przekonać się, do jakiego stopnia palące słońce Giba wywarło wpływ na taneczny pierwiastek jej duszy. Następnie uprosiłem kelnerkę o kilka wspólnych podrygów, by w końcu stanąć oko w oko z wysoką blondynką. Już po pierwszym jej ruchu, po jej dziewiczym tego wieczoru podejściu do obrotu wiedziałem, że oto igram z levelem, którego powinienem unikać. A Alice nie przestawała śpiewać... Z tańcem jest jak z pokerem - table selection ma znaczenie ogromne; w przeciwnym razie partner może w pięć gorących minut wycisnąć z Ciebie sporo BB. Ostatnie chwile cwału na białym koniu to akcenty polskie - "Sen o Warszawie" w osobliwej interpretacji Sickpastora oraz "Kaczuchy" w wykonaniu Marty i Sotartu. A Duplex już na nas czekał....

Położony w malowniczej okolicy HotPeppers klub przywitał nas kolistą lożą oraz gorącymi udami tancerek na podestach, z których jedna wykonywała ćwiczenia znacznie wykraczające poza podstawowy program nauczania gimnastyki. Po kilku szklaneczkach złapałem drugie życie. Uskuteczniałem style przeróżne, ale królem parkietu był niezmordowany Panadol, który mordował na nim naszą adminkę. Towarzystwo było przeróżne: kilku przyjaciół z Dalekiego Wschodu z aparatem jako bindi, po lewej księża, hipnotycznie raczący się gibkością tancerek. I my - wciąż głodni zabawy. Do tego stopnia, że gdy późno w noc na podwyższeniach zabrakło tancerek, spróbowałem zająć ich miejsce, jednak przygotowany przeze mnie program raczej nie spodobał się silnorękim panom pilnującym porządku.

Do hotelu wróciłem chyba po szóstej, ostatnie siły poświęcając partyjce makao z Martą oraz Moorisem. Gros naszej bandy odnalazł się trochę później, wsparty dwiema Polkami oraz Francuzem, który jako jedyny pił ze swej prywatnej nakrętki.

 

 Dzień Trzeci

 

Niedziela, godzina 10:10. Kaplica. Wydawało mi się, że Bąbel jeszcze nie wrócił, choć przez pierwsze pół godziny od oderwania obolałej głowy od poduszki byłem niemal pewien, że oślepłem. Na kręgielnię szedłem sił ostatkiem. Kaplica. Kaplica.

To była jedyna okazja dla zafascynowanych paranormalnymi zjawiskami poszukiwaczy, by zaobserwować, jak trup gra w kręgle i bilard. Nie pomogło piwko, nie pomógł soczek; do pizzy nawet nie podszedłem. Musiałem doczekać naprawdę późnej pory, by powstać z martwych, ale zanim to nastąpiło, rozegraliśmy kilka bowlingowych miniturków i otrzymaliśmy upominki od bossów.

 

 

 

Po siedemnastej wszystko potoczyło się błyskawicznie: zakup szkła (może być i ozdobne, wszystko zależy od dekoracyjnego gustu), ostatnia wieczerza w Hard Rock Cafe, następnie szybka runda poszukiwania jakiegoś prowiantu, kiedy to ponownie trafiłem pod żółty, pokerowy banner, w którego prawdziwość sam już przestawałem wierzyć. Szybko, szybko... nawet nie zdążyliśmy zasmucić się pożegnaniami. I znów PolskiBus, do którego jazdy akompaniamentem była tym razem gra nierówności na dwudziestu piwnych butelkach Bąbla.

 

Epilog

 

Trudno było się rozstać, trudno było wracać do normalności, która choćby była najciekawsza i złożona, po takim weekendzie wydawała się nudna. Bardzo miło było spotkać znajomych poznanych w Sopocie, świetne wrażenie zrobiły na mnie Diamenty widziane po raz pierwszy. Zdaje się, że poznałem tam prawdziwych przyjaciół, w przypadku których zdradliwy czas boi się porażki weryfikacji. Może wam wydać się to naiwne i głupie, co teraz napiszę, ale pewne czynniki pozwalają mi przypuszczać, że tę właśnie przygodę pamiętał będę do końca życia. Z Pragi wywiozłem coś, co potrafiło nieźle zamieszać w głowie, i nie mówię tu o butelkach absyntu. Coś, co zastukało do niej i wyszeptało: "Stary, to, co nazywasz życiem, to nic innego jak wypaczenie prawdziwego znaczenia tego słowa".

Dziekuję wszystkim za to, że potrafili ze mną wytrzymać. Do następnego!


30 000 000 $ GTD w miejscu, w którym historię muzyki szył na swym Red Special Brian May oraz gdzie "zeszła" Janowi Domarskiemu, dzięki czemu piłkarz mieleckiej Stali postawił kropkę nad "i" w zatrzymywaniu Anglii przez jedno z największych poselskich nieporozumień VII kadencji.

 

30 milionów i pewnie 90 tysięcy chętnych, którzy najpierw wycinać się będą pewnie na trybunach z iPadami w ręku, by po paru dniach zasiąść gdzieś w kącie płyty, przeskakując kolejne płotki w biegu na setki rozdań.

 

To już chyba szczyt i wisienka na lukrowanym torcie pompowanego Main Eventu World Series of Poker, rekordów świata na dziesięciolecie PokerStars i wszystkich tych wielkich tytułów, rozdawanych gościom, którzy w najszczęśliwszym dniu swojego życia akurat siedzieli przy pokerowym stole.


Tak, wiem - moim atrybutem wiadro dziegciu i garść granatów nadzianych gorzkim jak przemyślana zdrada narzekaniem. Ale nie napiszę w tym miejscu, że lepiej było za Mossa, Pearsona i "Amarillo Slima", bo rzeczywiście niewiele znaczą tytuły zdobywane w ośmio- czy dziewięcioosobowych eventach. Ale ile znaczą sukcesy Heinza, Cady, Yanga czy Golda? Więcej niż 8-12 kilokoła, gwarantowany kontrakt, parę linijek w popularnej prasie i ogłoszenie światu, kim jest lud Hmong? Fakt, to bardzo dużo kuponów do odcięcia.


Gdzie tkwi sens organizacji wielotysięcznych eventów? Czy trzcina winna uchylić się fali propagowania pokera, zanęcania ławic i budowania jednej, wielkiej rodziny? Czy jednak nie chodzi o to w grze w pokera, by wyłonić najlepszego, by najlepszy zabrał pieniądze słabszych i otrzymał nagrodę za swoją dobrą grę, a grający źle odeszli z niczym, poza świadomością, jak wiele pracy należy jeszcze włożyć w dążenie do sukcesu?

 

Andrey Pateychuk wygrał wczoraj WPT Prague. Z pewnością grał dobrze. Nie pytam, czy powinien się cieszyć z sukcesu i sposobu, w jaki go odniósł, ale o to, czy radość ta powinna różnić się od radości towarzyszącej sytuacji, w której w kluczowych rozdaniach by dominował. Ktoś mógłby powiedzieć: łatwo pisać gościowi, który nigdy nawet nie powąchał atmosfery wielkich tourów i jeszcze większych pieniędzy.


Grałem kiedyś w tenisa stołowego, dość regularnie. W mistrzostwach powiatu w 2001 roku byłem drugi w swej kategorii i rok później znów przyszło mi w finale stawić czoła największemu talentowi ITR Iława. Młody przeciwnik najpierw zdecydowanie wygrał pierwszego seta, by w trakcie dalszej gry przegrać z kontuzją. Byłem mistrzem, ale choć stuprocentowy gówniarz był ze mnie - czułem, że taki puchar najlepiej będzie postawić w kącie półki.


Mój morał na wielki turniej na Wembley jest taki: wielu na tym zyska, ale czy sam poker również? Przypadkowy zwycięzca to dziś już pewnik, a na swej drodze spotka on wielu mistrzów powiatu, których złamie kontuzja. Ale: niech zwycięży najlepszy!


 

Ludzie rodzą się i umierają. Ludzie czasami zmieniają się nie do poznania. Ludzie wycinają lasy, budują domy, zarabiają ogromne pieniądze i tracą dorobki życia. Zdychają ukochane pieski, płoną całe miasta, na zawsze giną najbardziej wartościowe przedmioty. Ktoś tam na górze obraca kalejdoskop, a świat układa się w coraz to nowsze kompozycje. Coś jednak pozwala nam zachować pewność, że choćby wywieziono nas w samo serce amazońskiej dżungli, będziemy wiedzieć, że przy odrobinie szczęścia przy obieraniu kierunku wrócimy w końcu do miejsca, które rozpoznamy. I choć wielu z nas nie boi się zmian, nie odwraca głowy, nie zerka za winkiel i nie płacze przy zdjęciach, widok rodzinnych stron czy znajomej twarzy w obcym mieście koi ducha i trzyma nas w pionie.

Na przestrzeni ostatnich lat na PokerStrategy.com działo się wiele. Przychodzili nowi moderatorzy, i trenerzy z których część wypracowała sobie uznanie i solidną pozycję, część odeszła szybciej niż przyszła, w niesławie, z piętnem bycia nieporozumieniem. Pojawiały się nowe akcje i promocje; niektóre przechodziły bez echa, inne okazywały się strzałem w serce tarczy i stawały się marką samą w sobie. Emocjonowaliśmy się sukcesami naszych użytkowników, z których część błyszczała jednorazowo, część stała się najlepszą reklamą polskiej szkoły pokerowej. Rollercoaster pędził, ale zamiast krzyczeć ze strachu przed niebotyczną prędkością i przeciążeniami zakrętów, można było skupić się na czerpaniu czystej radości z jazdy wiedząc, że w pierwszym wagoniku bezpieczeństwo gwarantują siedzący tam doświadczeni zawiadowcy, dla których podniebne przejazdy nie były pierwszyzną. Niestety, niedawno odeszła od nas Kasia, wczoraj okrutna wieść zabrała nam Jakuba i Filipa. Nie wysiądziemy na najbliższej stacji. Ale dalsza podróż nie będzie już taka sama.

Kubę i Kasię widziałem tylko raz. Filipa nigdy. Ktoś mógłby zapytać: jak więc może Ci ich brakować, jak mogłeś odczuwać taką więź? A czy do tego, by docenić człowieka i czuć czyjąś bliskość potrzebny mi widok jego twarzy, ton jego głosu, zapach perfum i uścisk dłoni? Czy 2-3 lata solidności, zrozumienia i serdeczności w sieci mogą być bardziej mylące niż nawet miesiąc spędzony twarzą w twarz z nowo poznaną osobą? Nie mogą. Ci ludzie pomogli mi stawiać pierwsze tu kroki, dobrym słowem utwierdzali w przekonaniu, że coś potrafię. Ci ludzie chcieli, bym dla nich pracował i wspierali dobrą radą, instrukcją i rzeczywiście czułem ich zaangażowanie, by nie tylko firma była zadowolona ze mnie, ale bym ja także zadowolony był ze współpracy z firmą. Podejście wzorcowe.

Będę tęsknił. Wszyscy będziemy. Nie żegnamy randomów, unków, „martwych skrzydeł” czy sezonowych aktywistów. Żegnamy naszych przyjaciół, ludzi, stanowiących opokę i fundament polskiej społeczności, stojących na straży tego magnetyzmu, który wielu z Was skłonił nie tylko do gry i wyrabiania statusów, ale zaistnienia na forum, zaangażowania w życie pl/pokerstategy.com. Cokolwiek by się teraz nie stało i jak dobrze nie pracowałaby nadal ta maszyna, nic już nie będzie takie jak dawniej. Żadna zorganizowana akcja, żaden zlot. Smutno. Nie lubię, gdy coś się tak kończy, bo nie znam tego, co nadejdzie, choćby nie wiem jak miało być dobre.

Zapraszam was w sentymentalną podróż z Kasią, Filipem i Jakubem.

Tak witaliśmy Jakuba
Tak witaliśmy Filipa
Tak witaliśmy Kasię

Dziewiczy post na adminowym blogu "Three of a Kind"

I pierwszy wpis Kasi


Najwięcej wspomnień mamy dzieki zlotom.

W Łodzi wielu z nas miało okazję osobiście poznać Kasię i Filipa.

W Krakowie była już cała trójka.

Kasi i Jakuba mogliśmy wysłuchać we Wrocławiu.

Poznań - po męsku

Fotki ze zlotów:

SOPOT

POZNAŃ

KRAKÓW

ŁÓDŹ

Filmy ze zlotów:

ŁÓDŹ

KRAKÓW

KRAKÓW 2

WROCŁAW

WROCŁAW 2

POZNAŃ

POZNAŃ 2

SOPOT

SOPOT 2

Mam nadzieję, że im się ułoży. Mam nadzeję, że nie będą mieli zbyt wiele okazji, by nas wspominać, bo im lepiej się człowiekowi wiedzie, tym rzadziej ogląda się za siebie. Niestety dla nas, zmune godziny trwają długo.

Treścią życia jest stawanie sie lub przemijanie. Ważne by treść ową poznać, ale się w niej nie zaczytać. Powodzenia, przyjaciele!


SoSick urwał kolejną polską brejslet. Idzie rodakom jak nigdy, chociaż, prawdę mówiąc, nie wszyscy Amerykanie wyjechali za północną granicę i zostało sporo luzu, co szczególnie dostrzegalne jest w niszach. Panowie nie grali jednak tym razem chińskiego pokera, field więc był standardowo zacny. Chociaż nie śledziłem finałowej akcji, której happy endem była czwarta nasza zdobycz, w forumowym temacie wyczytałem wiele na temat trash talkingu, jaki miał podobno miejsce. A że żadnej z wyrażonych opinii nigdy nie chciałbym sobie przypisać, wypowiem się tutaj.


Ja jestem tym gościem w garniturze, tym po części eleganckim i ułożonym Panem z kamienną etykietą Humphreya Bogarta, po części jedynie wyprasowanym typem, dla którego każde kolejne urodziny są jak wyrok uchodzącego życia. I choć crazybananowcy z sopockiego zlotu mają o mnie pewnie inne wyobrażenie, przy poważnej grze (a kiedyś do takowych siadałem) uleganie targającym emocjom byłoby dla mnie ujmą jako dla opanowanego i pewnego siebie człowieka. Zaznaczam, że abstrahuję od jakichkolwiek treści rozmów z udziałem SoSicka – nie było mnie tam, a plotki i budowanie swoich odczuć na opiniach innych wolę zostawić idącym na łatwiznę.


Jakiekolwiek pieniądze nie usprawiedliwiają utraty nad sobą kontroli (mimo, iż nie grałem ani o 200k $, ani o 500M $ - znanie siebie i opanowanie się stanowi dla mnie podstawę w życiu codziennym; płakać i krzyczeć to ja mogę pośrodku amazońskiej dżungli i choć może jest to niezdrowe – przywiązuję do tego wagę). Bo nie chodzi o to, by tłumić w sobie emocje, ale by im nie ulegać - a to dwie różne kwestie. Czy cel uświęca środki? Uważam, że nie. I właściwie to nad tym ubolewam, że liczy się dla mnie prawość, bo o ile łatwiej nie musieć wkalkulowywać aspektów innych niż swoje korzyści. Ja jestem tym gościem w garniturze, który zawsze wyciągnie rękę do obrażonych/buńczucznych/pyskatych cwaniaków. A jeśli to frajerstwo w Twoich oczach – trudno.


Ale teraz szok: ja sam uskuteczniam trash talk. Bardzo często. Staram się wyprowadzać przeciwników z równowagi i wprowadzona niedawno zasada, każąca graczom pokroju Negreanu paradować z samoprzylepną taśmą na ustach jest co najmniej szkodliwa dla samej gry na żywo. Ale trash talk trash talkowi nierówny. Nie można w moim odczuciu przekraczać granic, i zadając kolejne ciosy zniżać się do poziomu, który z pewnością jest niższy od oczekiwanego. Opinie, że gdy w grę wchodzą poważne pieniądze, wszystkie chwyty są dozwolone, uważam za opinie dzikie. Bo dozwolenie wszystkich chwytów postawiłoby nas w jednym szeregu z tymi, z których ewoluowaliśmy. I ktoś, kto uważa, że ciosy poniżej pasa usprawiedliwiają profity, zatrzymał się właśnie na poziomie dziczy.


Umiejąc grać, trzeba umieć się zachować. Jeśli gracz, który stracił nad sobą kontrolę, zamiast skruchy przyniesie usprawiedliwienie z postaci sukcesu – z pewnością na niego nie zasłużył. Gdybym ja wygrał jutro stackowany event WCOOP Stud/8 i zwinął się z kasą – nie różniłbym się niczym od gościa, który by zgarnąć pulę, obraża czyjąś matkę. Obaj nie zachowalibyśmy się fair, choć na dwóch zupełnie innych płaszczyznach.


WARNING:


The following content may conatin “tl;dr” possibility. Read at your own risk.

Ciekawym doświadczeniem było dla mnie poznać osobiście ludzi, których dotychczas mogłem weryfikować jedynie poprzez nick, status i forumowe treści. Ja sam słyszałem kilkakrotnie: „Wiesz, Ace, inaczej sobie Ciebie wyobrażałem…”. I tak jak ciekawi mnie, czy mogłem rozczarować, czy zaskoczyć „in plus”, tak generalnie nie ma to żadnego znaczenia, bo po pierwsze nikt nie wywrze wpływu na to, że formowane klawiaturą zdania rysują w śledzącej je na drugim końcu Polski wyobraźni wysokiego bruneta o spojrzeniu zdobywcy lub zakompleksionego dziwaka z przetłuszczonymi włosami, a z drugiej strony - najważniejsze to dobrze się bawić i być sobą. Z minionego zlotu przywiozłem pokaźny bagaż wrażeń i kolorowy kalejdoskop wielu postaw i charakterów, tak różnych jak sosy w Ha Longu.
 

Piątek, 12 sierpnia

Tego dnia jeszcze nie było mnie w Sopocie, jednak wydarzyło się wiele i nie bez wpływu na cały mój późniejszy pobyt. Na początku tygodnia rozpocząłem wyjątkowo pasywne poszukiwania noclegu. Późnym czwartkowym wieczorem mogłem już spokojnie zasnąć wiedząc, że czeka na mnie wynajęte wspólnie z Bąblem, Qsypalem, Furminatorem i Zaboo mieszkanko.
Gdzieś ok. godziny 14-stej postanowiłem wykonać do Bąbla ostatni telefon: „Czy piją? Jak mieszkanie? Z kim piją? Co piją? Do jutra…” – taki zarys miała mieć ta rozmowa, ale gdy Bąbel powiedział, że ma dla mnie dwie wiadomości, ja już wiedziałem, że dobra będzie dotyczyć wódy, ta gorsza – naszej hacjendy.

Okazało się, że zostaliśmy oszukani – gość, z którym dogadał się Bąbel, po otrzymaniu zaliczki zwinął się błyskawicznie, zostawiając za sobą cwaniacki smród i fake adresy. W rozmowie za mną Bąbel, wyraźnie wciągnięty już w wir before party, spokojnie stwierdzał, że jest wódka i on się gdzieś prześpi na siedząco :). Wtedy z pomocą przyszedł Furminator.

Pierwszą opcją był survival w living-roomie i perspektywa kacowego dogorywania przy stuku „piłkarzyków” i porannych powtórek „Na Wspólnej”. Z tą świadomością zasypiałem w piątek; sobotniego poranka miałem już jakiś kawałek koca w hostelowym pokoju short-handed z grupą unków. Lepsze to niż spanie na krześle obok Bąbla :P.

Sobota, 13 sierpnia

Miałem nadzieję na dotarcie choćby na ostatnie dryblingi i strzały na Leśnym, jednak o godzinie, o której przyszło mi zawitać do trójmiasta, boiskowy cieć spuszczał już pewnie powietrze z piłek. 211 km w 6 godzin (wliczając w to jednak 40 minut szukania wolnego parkingu) może zrobić wrażenie nawet na regularnych więźniach wrocławskiej ulicy Swobodnej.

Przyciśnięty dźwignią upływającego czasu pomknąłem wzdłuż Monciaka w poszukiwaniu hostelu. Tu poszło błyskawicznie. Na schodach miałem przyjemność poznać diamentowego nowicjusza, Furminatora. Upał. Cały mokry opłaciłem swój pobyt, a już chwilę później sączyłem zimnego Heńka, ględząc Furminatorowi o niszowych odmianach i ich zaletach, których przecież właściwie nie ma. Furmin zrobił na mnie pozytywne wrażenie swoim rzeczowym podejściem i tym, że pomógł mi z lokum. Właśnie – nie mogę nie opowiedzieć o wrażeniach dotyczących współlokatorów! Gdy wszedłem do pokoju po raz pierwszy, przywitało mnie pięć par balerinek i suszące się przy oknie bikini. Później okazało się, że nie jestem jedynym koedukacyjnym „szczęśliwcem”, bowiem Zaboo trafił nawet na tancerki salsy. Czy nauczyły go jakiejś nocnej sacali czy innego al centro „na cztery” – tego jednak nie wiem...

Udając się w kierunku Cream Clubu spotkaliśmy Kubę, niezwykle stonowanego gościa, oraz Fitasa, którego jeszcze dziś włączę do grona swoich idoli. Wrażenia bardzo pozytywne – taki ślad zawsze pozastawiają u mnie uśmiechnięte twarze. We czwórkę puściliśmy się w dół Monciaka. Na schodach przed „Smakiem Morza” powitali nas Jakub i Kasia. Są oni jednymi z nielicznych osób, które idealnie niemal wpasowały się w moje nieświadome przewidywania nawet barwą głosu czy dynamiką ruchów. Pierwsze wrażenie jak najbardziej na plus, kolejne - tylko lepsze.

Początkowo było nas niewielu. Sącząc szampana wyczekiwaliśmy względnego zapełnienia sali i prelekcji LechaRumskiego, rozmawiając z Fitasem i Furminatorem o George’u Weah i białych butach Marco Simone. Wykładowca, traktując o przekraczaniu swych możliwości wyraźnie nawiązał do piątkowego meetingu, co miało nieoceniony wpływ na interakcję ze słuchaczami. Lechowi należały się brawa za niemal wszystko – tylko nieporatowanie „menela” kilkoma „klekaczami” pozostaje kwestią wątpliwej słuszności.

Dość szybko wiele naczyń zostało zbrukanych kroplami ognistej wody, zamkniętej w bryle Jacka Danielsa. Po swej lewej stronie miałem Furminatora i Grindera23, który początkowo nie dawał się przekonać do kąpieli w oparach pobudzającego syropu Old No.7. Naprzeciw mnie siedziała Administracja, strudzony trudną, ubiegłą nocą Bąbel oraz dwie opaskowręczarki: małomówna bruneta z Gdyni i długowłosa szczecinianka-fotograf o uśmiechu umożliwiającym zjedzenie gofra w poprzek. Była bardzo miła i kontaktowa. Postarałem się jej wyjaśnić zasady Texas Hold’em, oczywiście jako jeden z najlepszych w kraju diamentowych pokerzystów ;). Myślę, że słuchający z zaciekawieniem Furminator i Grinder23 przy okazji poszerzyli swoje umiejętności w stopniu porównywalnym do wcześniejszego przekazu Lecha :P.

Zgryzłem jakąś wędlinkę i po raz trzeci wyskoczyłem z Jakubem na papieroska – tym razem udało mu się spalić chociaż połowę. Na propozycję przeprowadzenia przeze mnie wywiadów przystałem z wielką chęcią, choć bez kompletnego przygotowania mogłem postarać się przecież o niezłą nędzę. Nie dziwi więc, że szybko dopełniłem swą szklaneczkę pysznym Jackiem, a po jej opróżnieniu konsekwentnie poprawiłem „na drugi oddech”.

Pierwszym moim rozmówcą był Pyszałek. Jego wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Oto usiadł naprzeciw mnie człowiek konkretny, ułożony, z mindsetem grubszym niż udo Grażyny Rabsztyn; człowiek w moim odczuciu stanowiący zupełne przeciwieństwo swego nicku. Szkoda, że wywiad ten nie został zarejestrowany w formie rozmowy, bo mimo, iż kompletnie nie wiedziałem, o co pytać, szło nam nieźle. Po Pyszałku przyszedł czas na Oloriona – gościa otwartego, elokwentnego i bardzo rzeczowego. Każde jego słowo przesiąknięte było zadowoleniem z tego, co robi, z przyjemności, jaką odnalazł w swojej pracy.  Tak mi sie przynajmniej wydaje :). Ostatniego wywiadu udzielił diamentowy debiutant – Bąbel, który nie dał się namówić na głębsze zwierzenia z poprzedniej nocy, którą z pewnością na długo zapamięta. Dzięki rozmowie natomiast zdał sobie chyba sprawę, że opisana na wielu kartach jego bloga historia gościa, który z trzydziestu dolarów dobrnął do mid-stakes i zlotu może być dla wielu nowych użytkowników wzorcem i znakomitą motywacją.

Połknąłem kawał mięsiwa i wyszedłem na zewnątrz, stając się jednym z uczestników pierwszych rozdań odmiany, która moje study i drawy czyni w porównaniu grami popularnymi niczym trasa obok podstawówki w wariantach podróży Romana Polańskiego. Oto Sickpastor pokrótce przedstawił zasady Two Boards Crazy Banana w/3 Jokers all-in preflop i wraz z naszym coachem, Grinderem23, TomotheeSem, Qsypalem i Dannym rozpocząłem pure gambling. W pierwszej ręce scoop, w kolejnych dziewięciu posucha i przyszło mi oddać parę punktów. Jestem pewien, że w niedługim czasie Sickpastor będzie przedstawiany w newsie jako nasz nowy trener i sędzia swego „dziecka”. Ja póki co nie znalazłem konwertera pod 2B-CB/3J. Sam pomysłodawca i prowodyr to prawdziwa dusza towarzystwa; gość, którego obecność na imprezie stanowi połowę jej sukcesu. Cheers, sick P. !

Gdy w moim układzie krążenia krew stanowiła już tylko domieszkę wobec pitej namiętnie łychy, Jakub i Kasia wręczyli nam prezenty i otwarły się wrota białej, vipowskiej sali Cream Clubu. Otrzymane płatnicze żetony błyskawicznie straciłem głównie kosztem Shadowa i Grindera, który robienie magii na river kontynuował jeszcze następnego dnia, bez względu na odmianę.Nie wiem, co Shadow zrobił z trzema stówami w białych żetonach, ale myślę, że sporo osób piło gratis :).

Przyswajanego Jacka D. ciąg dalszy. Wraz z Kasią zdecydowaliśmy się otworzyć parkiet, jednak ruchowego odzewu, a nawet zainteresowanych oczu – brak. Po pewnym czasie wybraliśmy się na drugą rundę, w której towarzyszył nam TimotheeS i pewna „rycząca czterdziestka” stukająca beżowymi koturnami w podłoże i swym biodrem w moje plecy. Znów nikt z naszych nie złapał przynęty i nie zaprezentował na parkiecie kroków błyszczących diamentem jak włosy Travolty brylantyną. Kasia bawiła się świetnie. Z jednej strony musiała czuwać, by nie odpiął się żaden z guzików wieczoru, z drugiej natomiast potrafiła znaleźć czas dla wszystkich, oferując miłą rozmowę i prawdziwą serdeczność.

Installing Jack D. Full Version 85% complete. Dla odmiany i na poczet porannego bólu głowy zdecydowałem się na parę piwek. Po krótkiej rozmowie przy fajce z Hazelastym usiadłem obok Jakuba na pseudokanapie. Po kilkudziesięciu sekundach siedziało nas już troje – chwiejąca się długowłosa blondyna w czarnym topie poprosiła o skrawek miejsca. To Jakub wytoczył działo psychomanipulacji – ja ze swoim domem w Licheniu byłem tylko dodatkiem do zagorzałego pielgrzyma z Częstochowy, który szuka w ludziach głębokiej wiary i ponadczasowego piękna. Dziewczyna początkowo łykała nasze treści prosto z serduszek niczym przyszła mama kwas foliowy, finał rozmowy to jednak prawdziwy hardkor. Wytrącona z równowagi dziewucha zaczęła wyprowadzać delikatne ciosy, a wymachując nogami w ramionach próbującego ją obezwładnić towarzysza niemal przewróciła palmę, której betonowej podstawy żołnierze namiestnika użyliby z pewnością do zasłonienia wejścia do Grobu Pańskiego, gdyby akurat była pod ręką. Ostro. A my w śmiech oczywiście – wszak nic złego nie zrobiliśmy, a psychika blondyny okazała się po prostu o wiele bardziej krucha od posiadanej przez choćby Jarka Psikutę bez „s”.

Teraz kilka słów o Jakubie – niesamowity facet, bardzo kreatywny, bezpośredni, nadajemy na tej samej częstotliwości. Zmaksymalizował swoją rozrywkę w Sopocie trzymając przy tym rękę na organizacyjnym pulsie – to wielka sztuka. Mam nadzieję, że nie było to nasze ostatnie spotkanie.

Później – już tylko mgła. Wracając sporą ekipą wstąpiliśmy na szamanko, po czym ułożyłem się do snu i… usłyszałem pukanie Bąbla. Wkroczyłem do „dwójki”, a tam igristoje, tylko wódki nie było komu pić :P, a ja sam miałem jeszcze ze dwie flasze. Prawdę powiedziawszy to brak szkła i zapity/zagrychy uratował zawartość półlitrówki. Był Fitas, był zmęczony Kuba, oczywiście Bąbel, Sałyk, TimotheeS, Scoti, Trzcinek chyba, Imfar, Darogiovanni i pewnie ktoś jeszcze. Potem wpadli Śrubka, Jakub i Olorion (czy byli od początku?). Zacząłem z kimś śpiewać „Na jednej z dzikich plaż”, ale ktoś inny, całkiem słusznie, nas uciszył. Wyszedłem na zewnątrz z Jakubem, Olorionem i Darogiovannim. Zapaliliśmy papieroska na malowniczym o tej porze nocy i upojenia mostku, po czym musieliśmy się pożegnać z Kubą i Olorem. Imprezę kończyłem porannym piwkiem z Darem i niewiele brakowało, a musielibyśmy pewnego ciamciarza nakarmić frytkami. Tak się jednak nie stało i chyba jeszcze przed piątą, potykając się o balerinki moich współlokatorek, wpadłem z impetem do pokoju, by zasnąć w ułamku sekundy jak najedzone niemowlę.
 

Niedziela, 14 sierpnia

Poranek był trudny. Jakiś akordeonista od godziny grał za oknem „Nie było ciebie tyle lat”, więc zdecydowałem się podnieść głowę i skręcić w myślach jakąś niepochlebną wiązankę mojemu hejnaliście. Zimny prysznic i śniadanie w McDonald’s. Dołączyłem do Scotiego, Timo, Sałyka i Daro w wyprawie na plażę, ale szybko uporządkowałem priorytety i odpowiedź na pytanie „gdzie zaparkowałem samochód” była teraz najbardziej pożądana.

Pierwszy etap poszukiwań zakończony niepowodzeniem. Siedmioosobową bandą ruszyliśmy na strzelankę – ja, ze względu na fakt, iż gotowe na farbowanie obuwie zostawiłem z zagubionym aucie, jechałem tam tylko jako widz i głodny grillowanych frykasów smakosz. Taksówkarz, wiozący mnie, Trzcinka i Imfara pokazał nam cały Sopot i pół Gdyni, nim zdał sobie sprawę, w którym kierunku jechać. Gdy byliśmy już bardzo blisko, pomóc nam nie potrafił nawet lokalny random, który na swojej ulicy nie kojarzył rodziny o nazwisku Paintball :D. Koniec końców – dotarliśmy na miejsce.

Tam trwał już Poker After Dawn PL. Overaggro overplay. Dwustupunktowy raise preflop z T2o mieścił się w standardowej linii Qsypala, co pozwoliło 7okerowi zrobić szesnastokrotny profit. Na Crazy Banana nie znalazłem wielu chętnych. Chwilę po 14-stej wchłonąłem karkóweczkę, zagryzając ją szaszłykiem i gdy pokerowi marines formowali się w brygady, dobierając rozmiary spodni, usiadłem do dealer’s choince z Furminatorem, Fitasem, Kubą i LeonidasemPL (potem dołączył do nas Grinder23). Ultrapasywnie; pierwszy 3bet padł w dwudziestym pewnie rozdaniu. W międzyczasie Wisibębny i inni karabinierzy w biało-czerwonych krawatach smagali przeciwników kolorowymi seriami. Grinder po każdym otrzymanym headshotcie (a było ich chyba tyle, ile rozegranych rund) pojawiał się przy stoliku karcianym, przy spushować kilka rąk.

W końcu pożegnali się Kopoland i Panado1, w końcu pożegnał się Furminator, w końcu przyszedł czas na mnie. Odnalazłem auto i wtopiłem się w sopockie korki.

Epilog

Szkoda, że ominęła mnie impreza piątkowa. Szkoda, że nie mogłem dotrwać do poniedziałku. Mój żołądek już dopraszał się paru klinów… Wiem, że wiele mnie ominęło i każda stracona minuta była ułamkiem procenta pokerowej więzi, jakiej nie udało mi się zawiązać.

Mam nadzieję, że Ci, którzy mieli okazję mnie poznać i nie zapomnieli jeszcze mej twarzy, nie wspominają mnie źle, bo ja właściwie nie znajduję, poza sporym kacem oczywiście, minusów. Jako zlotowy debiutant wtopiłem się jako-tako w towarzystwo, ale by kogoś zainteresować sobą i zintegrować się z grupą do stopnia pozlotowej nostalgii - do tego potrzeba wspólnych przeżyć, offtherecordów i kontaktu dłuższego niż dzień i dwie-piąte.

Mimo opuszczenia before'a i aftera wydaje mi się (a niemal jestem pewien), że polska społeczność PokerStartegy.com jest warta tego, by wybrierać się regularnie w długą podróż i czuć się jej członkiem w sposób różny od klecenia newsów i odwiedzin forum. Wierzę, że to nie był mój jednorazowy wyskok na taki event.

 

 

 

 

 

 

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13  Next»

Recent Articles

General

Recent Comments

Search

calendar

« April 2012 »
Mo Tu We Th Fr Sa Su
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            

archives

Categories

RSS-Feed

  • RSS 1.0
  • RSS 2.0
  • Atom 0.3